wtorek, 12 kwietnia 2016

Mój początek przygody z bieganiem

Nie wiem ile to już czasu minęło odkąd w mojej głowie zakiełkowała myśl o tym, że chciałabym biegać. Niestety, wprowadzenie jej w życie skutecznie uniemożliwiała mi choroba kolana. Dzisiaj to się zmieniło.

Ćwiczę po swojemu już kilka miesięcy, efekty widać - owszem - ale moje uda nadal pozostawiają dla mnie wiele do życzenia. Jakoś nie potrafię z nich "spaść". Dodatkowo ostatnio przeczytałam takie zdanie: "Jeśli chcesz stracić tkankę tłuszczową z ud - biegaj lub skacz na skakance, jeśli chcesz zbudować mięśnie - wykonuj cardio". Nie wiem dokładnie ile w tym prawdy, ponieważ z braku czasu nie miałam jak tematu zgłębić, ale postanowiłam zastosować tę radę w praktyce.

W ramach codziennego treningu postanowiłam przebiec umowny kawałek trasy.

Codziennie synka zabieramy od babci, która mieszka jakieś 4 km od nas. Wracamy autem. Dziś jednak postanowiłam pojść na nogach. Połowę drogi przeszłam, połowę - przetruchtałam. I - jestem z siebie dumna.

Co mi ten bieg dał?
  • nareszcie poczułam, jak pachną tegoroczne kwitnące drzewa, 
  • dotleniłam się, 
  • naładowałam się mega energią, 
  • nareszcie poczułam, że się prawdziwie zmęczyłam, 
  • mam przypływ pomysłów co do Klubu Mam, 
  • planuję zacząć prawdziwie biegać!

Kolejny bieg jutro. Zobaczymy, czy zakwasy mnie nie zniechęcą. :)

środa, 4 listopada 2015

500 złotych na każde dziecko? Otóż nie do końca...

Słyszeliście? Podobno mają rozdawać pieniądze! 500 złotych na każde, nawet najmniejsze dziecko, dla każdego! Proszę ustawiać się w kolejce już dziś!

No dobra. Trochę się naśmiewam z tego newsa. Jednak wiecie, słyszeliście pewnie o wyborczej obiecance, 500 złotych na każde dziecko. Zacieracie ręce? A słyszeliście o kryteriach? Otóż może okazać się, że nie każde dziecko otrzyma te pieniądze.

Jak poinformowała wczoraj Gazeta Prawna, 500 złotych otrzymają rodzice, którzy mają jedno dziecko a ich dochód nie przekracza 800 zł na osobę, w przypadku dzieci niepełnosprawnych - 1200 zł. Tacy rodzice będą musieli złożyć w urzędzie gminy lub miasta odpowiedni wniosek poparty zaświadczeniem o uzyskiwanym  dochodzie z Urzędu Skarbowego. Dochód ma być wyliczany na podstawie wielkości przychodu, sumy składek na ubezpieczenia społeczne odliczonych od dochodu i wartość należnego podatku.

500 złotych otrzymają jednak rodzice, który mają dwoje i więcej dzieci. Tacy, to będą mieć dobrze.

Jak, gdzie i kiedy


Aby otrzymać pieniądze, trzeba będzie złożyć w swoim urzędzie miasta lub gminy odpowiedni wniosek oraz wyżej wymienione zaświadczenie o dochodach z US. Kiedy? Wszystko zależy od tego kiedy ustawa wejdzie w życie. GP podaje, że może to być już początek przyszłego roku. Ponoć ma to działać w ten sposób, że w kwietniu składamy wniosek a miesiąc później mamy ju z w portfelu pieniądze na przyszły rok. Hm.. Z góry?

Co z osobami rozwiedzionymi?


One też otrzymają taki zastrzyk gotówki (jeśli spełniają kryteria). Ale... Właśnie. Pieniądze otrzyma osoba, która faktycznie sprawuje opiekę nad dzieckiem. Jeśli sprawa jest w toku, 500 złotych zgarnie ten, kto pierwszy złoży wniosek.



Fajnie, fajnie. Ale ja czuje się oszukana. Co, jeśli nie spełniam kryteriów? Mówione przecież było, że 500 zł otrzyma każde dziecko. Każde. Każde. A jeśli ja mam 900 zł na osobę to co? Bogata jestem?

Wcale nie oczekuję, że ktoś mi za nic da 500 zł, bo po prostu urodziłam i mi się należy. Nie. Uważam po prostu, że te pieniądze to będzie trochę poszerzanie umownej patologii. Bo spójrzcie, otrzymają je ci, którzy często pracują na czarno, bo nie opłaca się na umowę, w szarej strefie więcej zarobią. Dodatkowo biorą zasiłki. A osoby, które mają jedno dziecko i zarabiają po 1500 zł na rękę już nie. Bo mają przecież więcej niż 800 zł na przysłowiową gębę. W przypadku drugiego i każdego kolejnego dziecka - jasne, wygląda to interesująco. Gdyby tylko Polki mogły sobie na drugie dziecko pozwolić.

Wolałabym chyba, gdyby sfinansowali mi co roku ubrania na zimę dla dziecka. ;)


środa, 28 października 2015

Tak, jestem szczęśliwa...

Zdałam sobie dzisiaj sprawę z bardzo ważnej rzeczy. Otóż - jestem szczęśliwa! Tak. Jestem.

Wieczór był długi i intensywny. Pierworodny biegał po domu jak struś pędziwiatr. M się z nim bawił. Ja bez przerwy kaszlałam, chrząkałam i pociągałam nosem. Leżałam pod kocem i próbowałam odpocząć. I nagle wpadłam na genialny pomysł. Kakao! Napiję się kakao.

Wstałam bezsilnie z kanapy i powoli acz uparcie powlokłam się do kuchni. I oni za mną. Kakao dla syneczka, dla M. samo mleczko. Staliśmy tak wpatrzeni w bulgoczące mleko i czekaliśmy aż zacznie się gotować. Przygotowałam kakao, dodałam do smaku syropu klonowego i pomaszerowaliśmy do pokoju.

I nastał ten błogi stan... Spojrzałam na moich mężczyzn siorbiących kakałko i dmuchających w kubki, bo gorące i coś mnie tknęło. Jacy Oni są piękni, moi, kochani.

To nic, że nie mam pracy, że szukam i nie mogę znaleźć. To nic, że gardło mnie boli, przecież przestanie. To nic, że nadchodzi zima a wraz z nią chłody i ciemne poranki i wieczory. To nic. Mam ich, a z nimi i praca się znajdzie, i gardło wydobrzeje.

Wtedy właśnie poczułam, że mimo niepowodzeń i stresów - jestem szczęśliwa!

czwartek, 22 października 2015

Moje chustoświrstwo

O tym, że będę swoje dziecko nosić w chuście, wiedziałam zanim zaszłam w ciążę. Gdy widziałam kobietę z zamotanym bobasem, rozczulałam się na widok malutkich nóżek wystających spod materiału. Bliskość, ciepło, trwanie w przytuleniu.

Dzisiaj, gdy mój malec powoli z chusty wyrasta,  ja dorastam do tego, by zacząć o chustach w Lubartowie mówić głośniej.

Co to jest ta chusta?

Kawał materiału, zazwyczaj bawełna, o różnej długości, gęstości, kolorze, splocie. Chusty dzielą się na dwa rodzaje:

1) tkana: bawełniana lub z domieszkami innych materiałów
2) elastyczna

Chusty bawełniane są częściej spotykane, ponieważ - na mój gust - są wygodniejsze w użyciu, poniosą nawet 15 kg słodkiego wkładu. Na swoją pierwszą chustę warto wybrać "pasiaka", czyli po prostu taką, która jest w paski. :) W czym to pomoże? Ano w tym, że łatwiej nam będzie zobaczyć, którą krawędź chusty mamy akurat dociągnąć - paski są w różnych kolorach. Dla maluszków lepsze są chusty cienkie, ponieważ łatwiej je dociągnąć. Zaczynałabym też od stuprocentowej bawełny, ponieważ to materiał uniwersalny i dla początkującej chustomamy będzie po prostu najwygodniej. Domieszki z bambusem, lnem, konopiami czy wełną zostawmy na następny wpis ;)

Chusty tkane mają także wersję z kółkami. W jedną stronę materiału po prostu wszyte są dwa aluminiowe kółka. Przeplatamy materiał między sobą, hop! - wsadzamy malca, dociągamy i już. Szybko i bezboleśnie. 

Elastyk to chusta na krótką metę, ponieważ poniosą dzieci do średnio 7 kg.

Zalety noszenia w chuście

1) Bliskość 

Noszenie malucha w chuście zaspokaja jego potrzebę bliskości. Dziecko czuje bicie serca mamy, zapach jej skóry, oddech, słyszy głos. To wszystko sprawia, że bobas szybciej się uspokaja i mniej płacze.

2) Fizjologiczna pozycja

Nosząc dziecko z chuście wspomagamy prawidłowy rozwój bioder. Jest jednak jeden warunek: musimy chuściocha prawidłowo zamotać. W taki  prawidłowym wiązaniu nóżki dziecka powinny być ugięte w pozycji tzw. fizjologicznej żabki  a kręgosłup zaokrąglony i przypominający literę C.

3) Idealne na kolki, ząbkowanie, gorączkę

Dzięki chuście mój pierworodny praktycznie nie odczuł ząbkowania. Kolek też nie miał. Jestem pewna, że to chusty w tym pomogły. Dzięki prawidłowemu, fizjologicznemu ułożeniu dziecka w chuście, maluch może łatwiej pozbyć się gazów, co zapobiega pojawieniu się kolki. Przy ząbkowaniu kołysanie i przytulanki do mamy koją bój i uspokajają nerwy.

4) Wygoda

Ileż ja prania wywiesiłam z Pierworodnym w chuście, ile zakupów zrobiłam, ile obiadów ugotowałam. Tak, chusta to wygoda, bo masz wolne ręce i robisz co akurat musisz zrobić. A maluch najczęściej usypia przytulony.Poza tym... w chuście możesz pójść na spacer na łąki, do lasu, nie musisz się użerać z wysokimi krawężnikami czy zdezelowanymi podjazdami dla wózków.

5) Nie obciąża kręgosłupa

Tak, nie obciąża, wbrew powszechnej opinii. Prawidłowe zamotanie chusty rozkłada ciężar dziecka ergonomicznie dzięki czemu prawie nic nie czuć. Owszem, dzieci cięższe, będę odczuwalne, ale nie tak bardzo jak wtedy, gdy są noszone na rękach.


Chciałabym, żeby noszenie w chuście wyszło w Lubartowie z cienia. Jest kilka osób, które noszą, ale mogę je policzyć na palcach. Może właśnie Ty chciałabyś spróbować zamotać swojego maluszka? Napisz do mnie.

sobota, 17 października 2015

O tym co w biedrze się działo...

Otworzyli w ubiegłą środę Biedronkę po miesięcznym remoncie. Szał ciał. Poszłam i ja, bo pieluchy w promocji. Wiecie, 5 zł taniej. Umówiłam się z mamą, że spotkamy się na miejscu. Dotarłam z pierworodnym do marketu po 9. Mama już dzwoniła do mnie wcześniej, że szok, że tyle ludzi, że biją się o te pieluchy. Myślę sobie: pewnie jak w Lidlu po torebki, ale sprawę zbagatelizowałam i wybierałam się w tempie syna. Czyli powoli.

Zajeżdżam na miejsce. Moją uwagę od razu zwraca kilka dostawczaków zaparkowanych przy wejściu do sklepu. O matko i córko. Tłum jak przy czyszczeniu magazynów w Media Markt. Ludzie z pełnymi koszykami, jakby przez miesiąc nie było gdzie kupić chleba i jajek. No, ale nie ważne. Pakuję syna w koszyk i ruszamy szukać babci. Gdy się spotykamy widzę, że ma już dwa opakowania pieluch w koszyku. "Ty wiesz, co tam się działo?!" bulwersuje się. - Wywozili SAMOCHODAMI te pieluchy! - krzyczy niemalże.

Idę, oglądam nowe lodówki (sic!), ładne nawet. I szukam tych winowajców, złodziei pieluch. I faktycznie, przyjechało kilku mężczyzn i brali na koszyki całe kartonach pieluch, we wszystkich rozmiarach. Tłum się zrobił całkiem niemały. Na tych, którzy chcieli rozerwać karton i wziąć jedno opakowanie, patrzono spode łba. - Ludzie się buntowali, kłótnia była normalnie! - relacjonuje mi mama. - A potem ci handlarze skarżyli się do kasjerek, że im ludzie ubliżają! - dodaje. A ubliżali, bo zabierają ludziom towar (przypominam: promocja!), bo nie starczy, bo niech handlują, ale czym innym. No komedia. Wzięłam jeszcze, zachęcona ferworem, napięciem i lenistwem, bo już nie będę przez półtora miesiaca kupować pieluch, jeszcze jedno opakowanie. Dorzuciłam książeczkę i szłam do kasy. Za mną stał wózek wypchany pieluchami w rozmiarze 2. Zapłaciłam, wyszłam. Mężczyźni właśnie pakowali pieluchy na "pakę" dostawczaka. Ze 30 (!!!) kartonów pieluch w rozmiarze 2. I czekali na te, co jechały za mną. I kolejne.

OK. Niech sobie kupuję, handlują. Każdy zarabia, a pieluchy to nie towar tak potrzebny jak chleb, nie tak często używany. Ale... może by sieć wprowadziła sprzedaż hurtową skoro nie ma ograniczeń... Przecież można spokojnie, bez darcia się na siebie, bez nerwów, bez kolejek sprzedać pieluchy na fakturę hurtowo, przez magazyn.

Można. Okazuje się, że w Biedronce nie można.

sobota, 19 września 2015

Dylematy praczki

Ubóstwiam lato i słońce. Nie, nie za urlop, wakacje i plaże. No, może za to też. Ale uwielbiam lato za to, że wtedy szybciej schnie pranie. ;)

Taka sytuacja. Cały tydzień świeciło słońce, ale ja - o ironio - zwlekałam z praniem do soboty. Zrobiłam plany: upiorę pościel, ubrania małego, nasze, może ręczniki....

I co? I g...no. Wczoraj wieczorem, gdy już załadowałam pralkę i ustawiłam odliczanie do 6 rano (co by pranie już się uprało jak wstanę), lunął deszcz. A dokładniej, burza usadowiła się centralnie nad moim blokiem. Extra.

Nie zraziłam się. Nastawiłam pranie. Ale rano też lało. Nic to jednak - pościel się uprała, ubrania małego, nasze, ręczników już póki co nie ryzykowałam. Wywiesiłam je, bo w dzień ciut się przejaśniło, na dwór. Zebrałam wieczorem - mokre, niewyschnięte, bleeee.

I teraz wyobraźcie sobie, co by było latem. Latem zrobiłabym pranie, a nawet trzy, wywiesiła, słonko by przygrzało, wysuszyło, ciut wybieliło... Ach! Po godzinie lub dwóch mogłabym pranie zdjąć, uprasować i schować. A teraz? Skąd! Wisi właśnie w domu, wilgotne, zajmuje kupę miejsca i bynajmniej nie poprawia estetyki pokoju.

Na dodatek zimą do prania są grube bluzki, swetry, długie spodnie, bluzy,  czasem czapka czy szalik. Schnie to to wszystko długo, czasem zaleci jakąś wilgocią i smrodzi potem kilka dni takie ubranie. Najczęściej do następnego prania.

A latem? Bluzeczki, spodenki, stroje kąpielowe... Ach! Godzinka i po sprawie.

Fajnie, jeśli mieszka się w domu jednorodzinnym. Takie pranie rozwieszone w domu jakoś inaczej schnie. W bloku zawala pół łazienki i pokój.

Dlatego - jako mama piorąca często - postuluję lato forever!

niedziela, 6 września 2015

Uwielbiam KP

... jak w tytule. Uwielbiam karmienie piersią. Dlaczego?

Są chwile, kiedy moje dziecko mnie irytuje. Gdy jem, a ono akurat chce się bawić. Lub, gdy muszę coś zrobić w kuchni, a ono wciąż chce się bawić.

Są jednak chwile, gdy moje dziecko i ja jesteśmy tylko we dwoje, na wyłączność. Te chwile to karmienie piersią. Bejbik przychodzi do mnie, spogląda z rozkoszą i po swojemu powiada: cycaaaa! Na początku cichutko, jakby od niechcenia rzuca to słowo w eter. Gdy nie słyszę, mówi głośniej Cyyyca!!!!

I wtedy następuje ta chwila. On wtulony w moją pierś, rozkosznie rozczulony i ja wzruszona (za każdym razem!), gdy na niego patrzę. Piękne chwile bliskości, których nie zamieniłabym na nic.

Wczoraj w nocy moje dziecię obudziło się, powierciło troszkę... i obudziło mamę. Śpimy razem, więc nie było to trudne. Zakrzyknęło po cichu; mama..!, znalazło moją pierś i już czekałam na zassanie, gdy poczułam całuska. Chwilę później maluch wtulił się słodko, pogłaskał mnie, cicho wyszptał "Mmoooo" (moja mama, moja) i usnął.

Daję stówę, że gdynym nie karmiła piersią, takich sytuacji by nie było. Dlatego uwielbiam KP! :)