Ubóstwiam lato i słońce. Nie, nie za urlop, wakacje i plaże. No, może za to też. Ale uwielbiam lato za to, że wtedy szybciej schnie pranie. ;)
Taka sytuacja. Cały tydzień świeciło słońce, ale ja - o ironio - zwlekałam z praniem do soboty. Zrobiłam plany: upiorę pościel, ubrania małego, nasze, może ręczniki....
I co? I g...no. Wczoraj wieczorem, gdy już załadowałam pralkę i ustawiłam odliczanie do 6 rano (co by pranie już się uprało jak wstanę), lunął deszcz. A dokładniej, burza usadowiła się centralnie nad moim blokiem. Extra.
Nie zraziłam się. Nastawiłam pranie. Ale rano też lało. Nic to jednak - pościel się uprała, ubrania małego, nasze, ręczników już póki co nie ryzykowałam. Wywiesiłam je, bo w dzień ciut się przejaśniło, na dwór. Zebrałam wieczorem - mokre, niewyschnięte, bleeee.
I teraz wyobraźcie sobie, co by było latem. Latem zrobiłabym pranie, a nawet trzy, wywiesiła, słonko by przygrzało, wysuszyło, ciut wybieliło... Ach! Po godzinie lub dwóch mogłabym pranie zdjąć, uprasować i schować. A teraz? Skąd! Wisi właśnie w domu, wilgotne, zajmuje kupę miejsca i bynajmniej nie poprawia estetyki pokoju.
Na dodatek zimą do prania są grube bluzki, swetry, długie spodnie, bluzy, czasem czapka czy szalik. Schnie to to wszystko długo, czasem zaleci jakąś wilgocią i smrodzi potem kilka dni takie ubranie. Najczęściej do następnego prania.
A latem? Bluzeczki, spodenki, stroje kąpielowe... Ach! Godzinka i po sprawie.
Fajnie, jeśli mieszka się w domu jednorodzinnym. Takie pranie rozwieszone w domu jakoś inaczej schnie. W bloku zawala pół łazienki i pokój.
Dlatego - jako mama piorąca często - postuluję lato forever!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz